Od Pearl Harbor do Hiroszimy, aut. Robert Guillain

Moim zdaniem, absolutnie topowa pozycja, z którą powinien zapoznać się każdy miłośnik Kraju Kwitnącej Wiśni. Zacznijmy od tego, kim był sam autor, gdyż niewątpliwie jego dzieje i pozycja, z której mógł obserwować Japonię czasu wojny, zdecydowanie wpłynęły na zawartość tej książki i sposób prezentacji. Robert Guillain pochodził z Francji. Jako jeden z wielu korespondentów europejskiej i amerykańskiej prasy przebywał w Japonii owego pamiętnego dnia 08.12.1941 roku, kiedy doszło do niezapowiedzianego ataku zespołu admirała Yamamoto na Pearl Harbor. Rozpoczęła się wojna, a raczej weszła ona w nowy etap obejmując szerokie przestrzenie Oceanu Spokojnego. Dla większości białych w Japonii początek konfliktu oznaczał uwięzienie bądź internowanie. Nie mieli więc, nawet ci, co przeżyli konflikt, możliwości obserwacji wydarzeń własnym okiem. Jednak nie Robert Guillain. Pamiętajmy, że w 1941 roku jedyną istniejącą Francją, poza Wolnymi Francuzami de Gaulle'a, była ta, którą zarządzano z Vichy - państwa wasalnego wobec Rzeszy, sojusznika Japonii. Toteż akurat on, i niewielka grupa innych białych narodowości francuskiej, także rosyjskiej i szwajcarskiej z krajów neutralnych, pozostali na wolności, chociaż pod ścisłym nadzorem policji oraz słynnej wojskowej Kampetai. Dlatego też, jak wyjaśnia autor w książce, nie czynił on niemal żadnych notatek, obawiając się kontroli i przeszukań. Zresztą, nawet te nieliczne, które napisał, stracił podczas bombardowań Tokio.

Jednakże nawet Kampetai nie mogła zabronić mu spacerować, obserwować, wyciągać wnioski. Jego reporterska pamięć przechowała wspomnienia dni wojny, a zręczne pióro przelało je na karty niniejszej książki. Jeżeli jednak ktoś pomyśli, ze jest to pozycja o wojnie, o Japonii walczącej, to, moim zdaniem, ulegnie złudzeniu, że wszystko, co opowiada o latach 1939-45 musi być pozycją militarystyczną. Opisów walk nie ma, pracy sztabów, czy szkolenia wojska także, co oczywiście nie oznacza, że brakuje faktów dotyczących samej wojny. Ostatecznie wszystko, co w owym czasie działo się w Kraju Kwitnącej Wiśni było z nią w jakiś sposób związane. Jednak "Od Pearl Harbor do Hiroszimy" nie ma ambicji literatury wojennej, zajmuje się czymś innym - obserwacją ludzi. Robert Guillain w swojej książce pokazuje, jak znakomitym był obserwatorem i jak wielkim znawcą Japonii. Jeżeli miałbym określić jakąś zawartość naukową - w tym tekście dominuje socjologia oraz psychologia. Odkrywanie duszy i umysłu Japończyków, to cel tej książki i, co więcej, ten cel jest znakomicie realizowany. Jeżeli istnieje coś takiego, jak "charakter narodu" (osobiście wcale nie jestem o tym przekonany), to właśnie książka Guillaina nim się zajmuje, jako badanym przedmiotem. Sam autor niejako nawet potwierdza zasadność takiego spojrzenia, szczególnie w przypadku tej konkretnej nacji, oceniając Japończyków, jako naród pozbawiony indywidualizmu. Brakło im owego poczucia osobistej odrębności, która nawet najbardziej konformistycznemu człowiekowi cywilizacji europejskiej każe jakoś tam wyróżnić swoje "ja". Japończycy z książki Guillaina nie potrafili tego czynić w połowie XX-ego wieku. Każdy z nich był częścią zbiorowości i jedynie, jako jej element, czuł się naprawdę dobrze. Nawet osoby wybitne, wyróżniające się, był kimś o tyle, o ile stanowiły konserwatywny produkt grupy. Stąd na czele rządu pojawiła się postać, której poświęcono wiele uwagi: generał Hideki Tojo, premier w latach 1941-1944. Parweniusz, przeciętniak, produkt i aparatczyk z szeregów Kampetai, który dzięki potędze układów i sile tajnej policji zrobił karierę i został premierem. Nie był on wielkim wodzem, bowiem niespecjalnie gdziekolwiek dowodził. Nie stoczył żadnej większej bitwy, mając na koncie tylko jedno wygrane niewielkie starcie w czasie wojny w Chinach. Wyobraźni nie miał, wizji także, za to miał ambicje zostać nowym shogunem, stanowiska zaś trzymał się rękami i nogami. Więcej poczytacie o nim w książce.

Jednakże, skoro wspominam o opisach postaci, muszę dodać nieco dziegciu do tej beczki miodu, jednakże naprawdę tylko nieco, przy czym ten słabszy nieco element, wcale nie narusza olbrzymiej warstwy poznawczej i analitycznej książki, lecz jest wyrazem własnego prywatnego zdania w danej sprawie, z którym ja się po prostu nie zgadzam. Dotyczy to opinii o roli dwóch ludzi: Yamamoto i Hirohito. Postawa admirała Yamamoto jest oceniona jako bardzo niekonsekwentna, bowiem dowódca Zjednoczonej Floty długo opowiadał się za pokojem, potem jednak przyjął postawę bardzo agresywną militarnie. Owa dwoistość i dwuznaczność dla Guillaina, dla mnie jest jednak całkowicie logiczna i konsekwentna. Bowiem opiera się ona na przesłance, że podstawą działań Yamamoty jest nie stosunek do pokoju, ale do własnej ojczyzny. Wtedy już wszystkie wątpliwości znikają. Wielki admirał chciał zachowania pokoju, ale skoro, na skutek postawy generalicji, nie był w stanie przeforsować swojego przekonania, stwierdził, że skoro wojna z USA jest nieunikniona, lepiej ją wygrać, niż przegrać. Rozpoczął więc pracę nad stworzeniem takich planów, które pozwoliłyby Japonii odnieść sukces. A to dalej przekładało się na propagowanie agresywnych planów zmierzających do wyniszczenia potencjału amerykańskich wojsk. Wedle mnie, taka postawa jest jasna i czytelna. Chociaż możemy, oczywiście, oceniać negatywnie postępowanie Yamamoty, jednak nie jest one dwuznaczne.

Cesarz Hirohito jest za to przedstawiony, jako bezwolne narzędzie w rękach wojska, któremu Konstytucja Meji zabraniała wszystkiego niemal, sprowadzając go wyłącznie do roli symbolu. Opinia to przedziwna, skoro jednocześnie sam Guillain podaje szereg sytuacji, w którym cesarz potrafił, jeżeli mu się chciało, wywrzeć decydujący wpływ na rząd, wojsko i klasę polityczną. Doskonale jest to zaprezentowane w rozdziale opisującym stosunki dyplomatyczne obydwu stron przed rozpoczęciem działań wojennych. Najpierw jest zaznaczone, ze Hirohito nie może dosłownie nic zrobić, a nagle okazuje się, kilka linijek dalej, że pokojowa misja księcia Konoye (postaci zresztą, której Guillain mocno żałuje, jako osobnika przysłowiowego, który "chciał dobrze, natomiast wychodziło, jak zawsze") miała duże szanse powodzenia, gdyż popierał go cesarz. Oto później gabinet Tojo upada, ponieważ cesarz sobie tego życzy. Oto ... tak można wymieniać sporo. Dla mnie właśnie karty opisu cesarza Hirohito obarczone są niekonsekwencją. Guillainowi chyba podobał się ów orientalny władca i elementy pozytywne są bez wątpienia jego osobistym zdaniem, natomiast, jako uczciwy reporter, notował również fakty, które nie zgadzały się z tą jego prywatną oceną. Przyznaje Guillain zresztą, że ową bierność, kiedy miał obowiązek działać, jako władca narodu, który banda militarystów pchała ku przepaści, ma cesarzowi za złe wielu historyków.

Wspomniałem o zawartości działa, natomiast teraz pozwolę sobie na jeszcze kilka słów o sposobie pisania. Niekiedy bowiem wnikliwość obserwacji przekłada się na drobiazgowy i nudny styl. Jednakże nie w tym przypadku. Dziennikarskie pióro Guillaina stworzyło tekst wnikliwy, przy tym niezwykle lekkostrawny. Bardzo emocjonalny, jednocześnie bogaty, szalenie malowniczy. Popatrzmy na przykład na taki fragment:

"Promienne japońskie lato pogrążyło Tokio w bezruchu i szczęśliwej obojętności na wojnę - na wszystkie wojny, i tę w Europie i tę w "Największej Azji". Można by rzec, że rząd i propaganda na próżno zdzierały sobie gardło. Chcąc, by ten chwiejny naród o dwóch twarzach ukazał swe nieposkromione w okrucieństwie oblicze, by nie pozwolił uśpić swych lęków i nienawiści, by stanął w szyku, poddając się rozkazom i kolektywnej histerii. Na nic - straszliwy upał przywrócił na chwilę prawdziwą twarz Japonii - tej, która nie chciała zginąć! W przystępie niekontrolowanego rozleniwienia ujawnia się nienaruszony zasób tłumionego długo wdzięku, zmysłowości, radości życia. Po raz ostatni króluje beztroska. Fabryki i biura wypuszczają na urlopy masy ludzi. Chociaż mobilizacja zagarnęła całe masy młodych mężczyzn, okazuje się, że ten przeludniony kraj ma ich jeszcze tysiące. Ponieważ zaś dziewcząt jest jednak o wiele więcej, lato rozkwita bukietem kimon. Na plażach nagie tłumy wylegują się na popielatych porowatych piaskach, na których spokojne, długie języki fal oceanu zamierają w spienionej, olśniewająco białej grzywie. Jakże trudno uwierzyć, że gdzieś daleko za horyzontem błękitna woda Pacyfiku jest skażona olejem i krwią wielkich bitew ... Senso - wojna: to słowo, zda się, wyparowało w upale."

Albo inny:
"W ostatnią niedziele lutego następuje powtarzający się corocznie śnieżny cud. Brudne domy, czarne ulice - wszystko budzi się przed świtem zamienione czarodziejska różdżką w czysty świat bieli. Całe zagubione piękno tego miasta nędzy uwypukla się teraz w scenerii wschodniej feerii: pagody z oryginalnymi narożnikami, zygzakowate sosny, dachy świątyń o podniesionych brzegach - na chwilę znów objawia się w całym swym uroku tradycyjna, starodawna Japonia w okryciu z gronostajów. Niestety, wojna niszczy czar. Z dziesięć latających Superfortec dokonuje nalotu na stolicę, zaś trwożne ostrzeżenia radiowe zapowiadają nadejście posiłków Task Force, które pojawiły się na szerokości Tokio, wykorzystując opady śniegu. Superfortece i bombowce z lotniskowców mieszają ze śniegiem deszcz bomb eksplodujących i zapalających. Płoną całe dzielnice, a ponieważ wiatr powoduje opadanie w dół dymu, iskier i zwęglonych szczątków, dzień kończy nowy fenomen: niezrównany cud czarnego śniegu."

Jeszcze jeden:
"Być kobietą w pełni kobiecości lub nawet cokolwiek ją akcentować - to obecnie w czasie wojny niepatriotyczne. Panie musme i czcigodne małżonki, zajmujące coraz poważniejsze miejsce w życiu kraju, zdają się przepraszać za to ród męski, starając się sztucznie brzydkim wyglądem do niego upodobnić. Nie uświadczysz kimona - nie tylko dlatego, że jego zwiewny jedwab jest przy pracach czasu wojny kłopotliwy, lecz głównie dlatego, że jest szczęśliwe i wesołe. Władcy - tak zowie się tu ojców i małżonków - żądają atmosfery surowości. Kobiety przywdziały więc spodnie. Spodnie z kantem leżą jednak zbyt dobrze na tych musme bez bioder, nadając im korzystną sylwetkę i ukrywając słaby jej punkt: nogi. No i przede wszystkim są zapożyczone z Europy! Kobiety robią więc ze spodni wynalazek czysto japoński. Wzruszająco maskowany element mody odzywa się jeszcze na chwile przy kolejnych możliwych wariantach: spodnie narciarskie? golfowe? od piżamy? Ale to jeszcze nie są owe wymarzone spodnie japońskie. Wreszcie zbiorowy wysiłek owocuje w swoistej "mieszance firmowej": skrzyżowaniu spodni żurawia z fartuchem robotnicy. A ponieważ brakło materiałów i nowo obowiązujący ubiór kobiecy musiał być wykonany ze znoszonych, starych fałdzistych kimon, bufiaste spodnie zwane monpei, o źle skrojonych nogawkach, ściągnięte w kostce, różnokolorowe, w prążki i kwiaty przywodzą na myśl strój klowna. Mężczyźni zaś konsekwentnie przyjęli "ubiór narodowy" ze sztucznej tkaniny pośledniejszego gatunku w kolorze khaki (tę japońską nazwę precyzyjnie oddaje pojęcie: "mundur patriotyczny", podkreślające ochotną dobrowolność, z jaką cywile wyzbywali się swej indywidualności). Ich jednomyślność w tym względzie jest w mniejszym stopniu wynikiem świadomej dyscypliny, co instynktu stadnego: z przerażającą łatwością akceptują modę stada."

Sam autor ma pozytywny stosunek do narodu swoich gospodarzy, który został uwiedziony przez grupę wojskowych, a jednocześnie nie potrafił przejawić właściwego wielu społeczeństwom rozsądku, charakterystycznego dla narodów Europy i Ameryki. Zresztą, nieraz polityka amerykańska jest oceniana jako bardzo uporządkowana, logiczna. Podobnie, jak zachowanie Stanów podczas działań wojennych. Przeciwstawiał je autor japońskiemu chaosowi skrytemu pod formą porządku oraz działaniom dyktowanym przez instynkt i tradycję, nie zaś rozum. Przy tym wszystkim jednak Guillain wspomina wielokroć o pozytywnych zachowaniach Japończyków, nawet podczas okresu swojego internowania. Sympatia mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni do Francuzów była wyrażana cicho, półgębkiem, tak, by nie usłyszały ją uszy sąsiadów mogących być szpiclami policji. Jednak sam fakt, że autor dostrzegał, lub chciał dostrzegać, owe gesty (mniejsza o to, czy rzeczywiście miały one pokazywać sympatię przytłumioną nieszczęsna wojną) świadczą o tym, że lubił Japończyków starając się wyszukać w nich także elementy naturalnej dobroci i ludzkiej przyzwoitości.

Opisując swoje, dosyć łagodne internowanie Guillain absolutnie nie widzi porównania z tym, co Hitlerowcy wyprawiali w Europie. Można mu wierzyć, że rzeczywiście nie przeżył gehenny, jednakże z pewnością walczące z Japończykami narody zetknęły się z nią osobiście. Guillain jednak nie stworzył pracy naukowej, obiektywnego opracowania socjologicznego. Książka francuskiego autora to dzieło popularne: lekko napisane, piękne oraz bardzo osobiste. Opisał on Japonię taką, jaką widział przez wiele lat swojego przymusowego pobytu. Opinia to tym cenniejsza, że przedstawia sprawę niejako od wewnątrz, jednocześnie zaś z pozycji neutralnego, w miarę, obserwatora. Czytelnik styka się przeważnie z opracowaniami autorów polskich, anglosaskich oraz, niekiedy, japońskich. Dotyczą jednak one zazwyczaj działań wojennych, nie zaś społeczeństwa, które zaaprobowało militarystyczne zapędy dowódców wojskowych. Przy tym, często pochodzą od autorów z narodów mocno zaangażowanych w starcie, więc od osób, którym trudno zachować obiektywizm. Dzieło Guillaina stoi więc na pozycji wyjątkowej. Nawet więc, jeżeli ktoś nie zgodzi się z jego uwagami, nawet, jeżeli uzna się je za niezwykle subiektywne i zbyt osobiste, żeby miały wartość poznawczą, warto się z nim zapoznać chociażby dla spostrzeżeń i opisów oraz naprawdę interesującego, żywego języka, który bardzo dobrze oddał tłumacz. Tekst Guillama jest niewątpliwie warty polecenia, szczerze zachęcam do sięgnięcia po niego.

Robert Guillain
Książka i Wiedza 1988

Autor: Kelly
Data dodania artykułu: 21.10.2005
Data modyfikacji artykułu: 28.02.2010
Prawa autorskie »

Prawa autorskie

W naszym wortalu Konnichiwa.pl pojawiło się wiele tekstów, które zostały nadesłane do redakcji. Mimo starań nie jesteśmy w stanie sprawdzić czy dany tekst nie łamie praw autorskich i nie jest plagiatem. W związku z tym prosimy o zgłaszanie takich tekstów pod adresem redakcja@konnichiwa.pl a ich autorów przepraszamy.

Na stronach serwisu Konnichiwa.pl znajdują się także teksty i zdjęcia pochodzące z innych stron www lub gazet/magazynów - jednak nasza redakcja otrzymała zgodę na ich zamieszczenie lub znajdowała się przy nich odpowiednia informacja o możliwości ich zamieszczenia z podaniem źródła.

Redakcja Konnichiwa.pl nie zezwala także na kopiowanie tekstów i zdjeć należących do członków redakcji bez uzyskania stosownej zgody.

Redakcja Konnichiwa.pl

« wstecz

Strona używa plików cookies. Stosujemy je aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie. Pamiętaj, że możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

zamknij