Moja podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni

A stało się to 25 grudnia 2003 roku, zaraz po Wigilii. Wstałam sobie o 7 rano, przygotowałam się i o godzinie 9 pojechałam razem z koleżanką Asią, jej ojcem i Japończykiem Masayukim do Warszawy na lotnisko Okęcie. Po drodze ojciec Asi o mało nie dostał mandatu, ale fartownie policjant był jego kumplem. Już po 11 byliśmy na miejscu. Czekaliśmy sobie w bufecie, bo wylatywaliśmy dopiero przed 15. Piłam wtedy nawet kawę z wrażenia, choć nie lubię i nie pijam. (wolę cappuccino) Przed 13 przyszedł tam mój przyjaciel Kibit, (którego od lipca nie widziałam) ze swoją dziewczyną Olivią, którą dopiero poznałam Krótko się jednak widzieliśmy, bo musieliśmy niestety iść już do strefy wolnocłowej. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i o godzinie 14.30 weszliśmy na pokład boeinga. Masayuki od razu zasnął --' a ja i Asia przeżywałyśmy start. Kiedyś już leciałam samolotem do Grecji, ale byłam młodziutka (a teraz jestem stara ) i nie pamiętałam tego uczucia. Tego kłucia w żołądku i nagłej lekkości. Super się leci. Widok z okna jest niesamowity! Lecieliśmy przez Niemcy i Holandię. O 17.15 naszego czasu (a 16.15 w Anglii), byliśmy już w Londynie. Jest piękny z góry; tyle świateł, że szok... A Heathrow... Ogromne! Samo lotnisko jest jak miasto, co dopiero Londyn! No i czekaliśmy na kolejny samolot - jambo jet. To dopiero był samolot! Wchodzimy a tam sami Japończycy. Na poprzedzających siedzeniach były telewizorki i można było oglądać filmy, grać, słuchać muzyki, patrzeć na mapę gdzie się obecnie znajdujemy i nawet patrzeć jak lecimy! To dzięki kamerom - z przodu i z dołu. Jedzenie było pyszne! Lecieliśmy 13 godzin przez Estonię, Danię i Rosję. Nie mogłam spać i w sumie to chyba z godzinkę się zdrzemnęłam. No i dolecieliśmy. W Japonii jest pięknie! Te wybrzeża, te góry, ci ludzie! Cudo! Wylądowaliśmy w Osace. Na lotnisku pojechaliśmy takim fajnym autobusikiem na dworzec, potem do Kyoto pociągiem, a następnie do Otsu metrem. Dom okazał się śliczny, a mama Masayukiego - Reiko, świetną malutką Japonką. Zakwaterowano nas ( mnie i Asię) na górze. Ja spałam na łóżku, a Asia na futonie (to taki materac z cieplutką kołderką). Świetnie się na tym śpi. Wieczorkiem byłyśmy na mieście z Masayukim, a w nocy nie mogłyśmy oczywiście usnąć. Poza tym nie wiedziałyśmy jak włączyć piecyk, bo jak przyszłyśmy było gorąco i go wyłączyłyśmy nie wiedząc o tym, że potem musi się nagrzać. No i miałyśmy taki pic, że szok! A to był dopiero początek naszej przygody

Niewyspane i przesiąknięte wilgocią - ja i Asia, pojechałyśmy następnego dnia z Masayukim do Kyoto (???) dawnej stolicy Japonii. Zwiedziliśmy tam trzy świątynie (a wierzcie mi, że jest tam ich znacznie więcej, bo ponad trzy tysiące! W samym Kyoto!). Kinkakuji - świątynia ze złota, Kitanotenmangu i Kiyomizu, tam gdzie kręcono scenę z filmu "Wasabi" z Jeanem Reno! (dla ciekawskich - wasabi to zielony chrzan, bardzo ostry. Osobiście go nie polecam, bo nie cierpię chrzanu, a ten jest wyjątkowo paskudny, choć Renowi smakował Miałam okazję przekonać się na własnym języku, jaki jest ostry.... Ble...) Oj i ostatnio nie napisałam jednej, jakże ważnej rzeczy! Moja torba podróżna została w Londynie, bo nie była zabezpieczona kłódką... No ja wiem, że chodziło im o jej dobro, aby nic nie zginęło, ale... Bez piżamki.... Bez kosmetyków... Bez ubrań, wszystkiego!! Przez prawie 3 dni! Bo przyszła kolejnego dnia.. Ja nie wiem jak ja to przeżyłam. Bez pomocy Asi, Masayukiego i jego mamy bym chyba zbzikowała! Ale nieważne. Po wkurzającym powitaniu, Japonia stanęła otworem i humor się w mig poprawił Obkupiłam się w Kyoto tyloma rzeczami, że ho ho... Byłyśmy z Masayukim w restauracji i jadłyśmy sushi, sashimi (odmiana sushi, bo przecież wiecie co to? , jakąś rybcię i coś białego i twardego, co z trudem przełknęłam! Z pięć minut to siedziałam i się głupio uśmiechałam do siedzącego naprzeciwko Masayukiego, i trzymałam to w buzi nie wiedząc co z tym zrobić. Jakby tego było mało, umoczyło się z lekka w wasabi i miałam przez chwilkę niezłe piekiełko w ustach... Jak sobie teraz o tym pomyślę, to serio czuję ten smak... BLEBLEBLE... Nie wszystko, co japońskie jest dobre. Ale polecam bardzo gorąco ośmiorniczkę! Pycha! No i sushi oczywiście. Oishii! Nio i tego właśnie dnia sprawiłam sobie kobiece kimonko do kolan - yukata. Śliczne, czerwone! W domku mam jako szlafroczek

Kolejnego dnia znów się z lekka nie wyspałyśmy, zresztą cały nasz pobyt był pod znakiem niewyspania, ale to nic... Pojechałyśmy z mamą Masayukiego - Reiko, do Nary. W sumie nie wiedziałyśmy za bardzo jak się z nią dogadamy; ona tylko po japońsku... my po polsku, po angielsku i po japońsku nie za bardzo gramatycznie.... Ale jakoś poszło! Byłyśmy we trzy w pięknej świątyni Todai - ji. A Wy się pewnie zastanawiacie gdzie się podział Masayuki ( apropo jego osoby, wymyśliłyśmy z Asią xywę dla niego, bo przecież gdy o nim gadałyśmy to mógłby się kapnąć, bo mówiłybyśmy jego imię, a tak nie wiedział, że o nim mowa, bo nazywałyśmy go: "Ten który nas tu przywiózł" Brzmi jak jakieś indiańskie imię dosłownie... Otóż wymieniony wyżej, pojechał do Kyoto załatwić jakąś sprawę, wolę nie wnikać jaką i nie mógł z nami jechać i pozostawił nas na łasce swojej mamusi... Byłyśmy również w Nara Koen (koen - jap. park i tam były takie słodkie jelonki bez różków! Takie śliczne! I kochane! I były głodne i jak chciały żeby je nakarmić, to się główką do nas pchały.... Szłodziutkie były... Cały ten dzień brakowało mi Masayukiego, bo jakoś się już przyzwyczaiłam do jego obecności... Tego dnia moja torba podróżna przyszła wieczorkiem z Londynu i rzuciłam się na nią jak na skarb! W swoim pokoju zastanawiałyśmy się gdzie sypia Reiko, bo jakoś nie mogłyśmy wylukać jej pokoju... Okazało się po paru dniach, że za wnęką gdzie był telefon, są odsuwane drzwi... Spoko. Następnego dnia nie zgadniecie co się stało... Wstałyśmy niewyspane! Ale takie są skutki nocnych pogaduszek.. Pomogłyśmy Reiko posprzątać, bo o 12 zawitali do nas: brat Masayukiego - Akira, jego żona - Akiko i ich słodziuteńki, maleńki synek - Souta! Ale nieźle było, jedliśmy taki extra obiad jakbyśmy należały do rodziny... Potem Akira zabrał nas do sklepu i tam były pieski! W normalnym sklepie z różnymi rzeczami były psy!! I nawet pozwolili mi jednego wziąć na ręce i pozwolił sobie..... zesiusiać się na moją kurtkę! Serio! Ale się uśmialiśmy! Tego dnia poznałyśmy też ojca Masayukiego - Yukio, spoko facet! I gardło mnie bolało tego dnia, a oni się tak miło i troskliwie mną zajęli!

Gardziołko bolało jeszcze rano, ale dali mi trzy tabletki do połknięcia, które oczywiście pogryzłam... Hehe To był very cudowny dzień. Dostałyśmy od Yukio sake i miałyśmy gotowy prezent dla naszych faderów.

Potem Yukio zabrał nas do Yasu, gdzie na peronie czekała już na nas Misato - kuzynka Masayukiego. Przemiła dziewczyna! Jest katoliczką, co jest bardzo rzadkie wśród Japończyków, ponieważ tylko 1% wyznaje "naszą" wiarę. Robiliśmy z jej znajomymi i rodziną : ojciec - Chiaki, mama - Keiko, brat - Naoyuki; MOCHITSUKI, czyli ciasteczka z ryżu ze słodką fasolą w środku. Smaczne, ale na dłuższą metę zbyt słodkie. Nie to żeby japońskie jedzenie było niedobre! Jest pyszne, ale są pewne wyjątki, o których już wspominałam. Jak zrobić owe ciasteczka? Najpierw ugniata się ryż, a raczej bije się go młotem drewnianym i polewa, co chwilka wodą. Pare razy pozwolili mi uderzyć, ale z trudem mi się to udawało, bo młot nie należał do zbyt lekkich. Ryż ten znajduje się w kamiennej misie. Gdy już będzie ubity, wałkuje się go, a potem robi z niego kulki, w których środek wkłada się masę ze słodkiej fasoli. Gotowe ciasteczka można podsmażyć na patelni. Dom Misato okazał się o wiele większy od domu "Tego, który nas tu przywiózł" Wreszcie zjedliśmy normalne amerykańskie jedzenie i poczułyśmy się naprawdę lepiej. W końcu jako Polkom jest trudno przyzwyczaić się do jedzenia, w którym przeważa ryż i ryby oraz zupka miso... Wieczorkiem Misato zabrała nas do ONSEN, czyli japońskiej łaźni, gdzie wystąpiłyśmy w strojach Ewy... Były tam gorące źródła, sauna, jakuzi... Cudownie!! Poczułam się jak nowonarodzona! Byłyśmy tam niestety tylko ponad godzinkę (a mogłyśmy być jak długo chcemy!), bo zauważono mój tatuaż i nas wyproszono. Oczywiście milusia Japonka powiedziała mi, że wie, iż nie jestem z mafii, ale taka jest procedura... Ja i Yakuza... Do tej pory mi się chce z tego śmiać! Ale jak wyszłyśmy, to Misato nie poskąpiła nam tej wygody jaką był masaż! Ty leżysz na fotelu, on Ci robi masaż! Przez cały kręgosłup przejeżdża Ci "coś", nie wiem jak to określić Nogi masuje Ci coś innego... Po prostu niebo! Gdy wróciłyśmy spałyśmy smacznie na futonach i muszę przyznać, że lepiej nam się spało niż dotychczas. Może to przez te lecznicze kąpiele. Rano zjadłyśmy zamerykanizowane śniadanko i przyjechał po nas Masayuki. Zabrał nas od razu do Osaki! Śliczne miasto, takie młodzieżowe! Widzieliśmy przepiekny Zamek Osaka oraz dzielnicę amerykańską. Wieczorkiem oglądałyśmy w naszym pokoiku Japan Music Awards i po raz trzeci z rzędu wygrała Ayumi Hamasaki, na której cześć mam Xywę! Polecam jej utwory, sama nie omieszkałam zaopatrzyć się w jej płytę w Japonii! Choć mam ich znacznie więcej! Nio i o północy w Japonii był Nowy Rok, a tam nic się nie działo. A w Polsce była dopiero 16... Było nam smutno i o ósmej rano następnego dnia wstałyśmy specjalnie by powitać Nowy Rok w Polsce! Na tym skończę na dziś i kolejnym razem opiszę już nasz ostatni dzień i powrót do domu.

Nio i piszę już ostatnie moje chwile w Japonii... Nowy Rok 2004 a my tego nie czujemy... To dziwne, ale tak było. Prawie nic nie zjadłyśmy na śniadanie i potem byłyśmy very głodne... Pojechaliśmy z Masayukim do Kyoto ponownie, zrobić ostatnie zakupy i wydać ostatnie yeny. (waluta w Japonii, 100 Y odpowiada naszym 3 zł) Dzień szybko zleciał, zanim się obejrzałyśmy trzeba było się wykąpać, zjeść kolację i pakować się... Szkoda mi było wyjeżdżać z Japonii, ale tęskniłam za domem. Jednak. Wszędzie dobrze, ale w domku najlepiej. Rano wstaliśmy wszyscy, zjedliśmy śniadanko - nawet chleb był! i pojechaliśmy na lotnisko. Troszkę długo się tam jedzie, więc strasznie usypiałam. Nio i po 12 wylecieliśmy z Japonii... Smutnooooooo... W samolocie siedzieliśmy w środkowym rzędzie, więc nie podziwialiśmy widoków z góry. Oglądałam sobie film i podróż jakoś tak szybko zleciała. Szczęśliwie dotarliśmy do Londynu. Tym razem lecieliśmy przez Rosję oczywiście, Szwecję, Finlandię i Danię. Mróz na zewnątrz dochodził aż do -76* C W Londynie widzieliśmy na żywo z Heathrow ( tylko inny terminal), że facet miał noże i samolot z 300 osobami na pokładzie nie mógł polecieć do Waszyngtonu. A ja sobie pomyślałam, że jak to byłby nasz nio to ładnie by się działo... W samolocie do Polski były dwie beznadziejne babki i mnie wkurzały i jeszcze jakieś głupoty gadały... Nie chcę w to wnikać już... A w Polsce śnieg... A w Japonii taka piękna pogoda była... W domku byłam po północy. Moja mama to się tak ucieszyła, że nie da się tego opisać. Poza tym to oczekiwali mnie następnego dnia, więc dostali noworoczną niespodziankę! Hehe! Nio i to koniec mojej wyprawy do Kraju Kwitnącej Wiśni... Życzę wszystkim spełnienia marzeń, bo jestem żywym przykładem, że marzenia się spełniają!

Rzeczy, które zauważyłam będąc tam i widząc je na własne oczy. Tak więc są sprawdzone.

"Japonia - dziwny kraj".

A oto rzeczy, które różnią Polskę i Japonię - czyli "normalka" w Japonii, a "dziwactwo" w Polsce.

1. Ogrzewanie w każdym pokoju osobno. Piecyk pod sufitem, na pilot. Jeśli chcesz włączasz, jeśli nie, jest zimno...
2. Jest wilgotno i zimno w domu (odnosnik do nr 1). Czasem cieplej jest nawet na dworzu.
3. Przed wejściem do toalety, zdejmujesz swoje kapcie, a wkładasz te, które są w łazience (malutkie .
4. Deska klozetowa jest podgrzewana ))))))))))) Sama przyjemność na takiej siedzieć!
5. Spłuczka jest z boku, a tam gdzie my mamy spłuczkę, myjesz ręce!
6. Nie można wejść na dywan w kapciach.

Kulinarne:

7. Trzeba dużo ryżu nabierać na pałeczki.
8. Trzeba zjeść ten ryż co do ziarenka. (a nakładają go całą miskę)
9. Nie można nic brać w palce przy stole. Pałeczek używa się prawie non-stop. (jedynie się nimi nie pije ) Nawet owoc (pokrojony), musiałam nabijać na pałeczkę.
10. Ryż i zupa miso (warzywa i serek tofu) na każdy posiłek!

Powrót do toalety:

11. Wanna jest głęboko w podłodze! Za pierwszym razem do niej dosłownie wpadłam! ))

Drogowe:

12. Jeździ się tam jak w Anglii, czyli lewą stroną jezdni!
13. Długo się czeka na światłach. (bardzo...)
14. W autobusie wchodzisz jednym wejściem, a wychodzisz drugim.
15. Jak jedziesz pociągiem lub metrem (najczęściej w tunelach), zatykają Ci się uszy. Czasem nawet boleśnie! Takie są tam zmiany ciśnienia. ((
16. Wżera bilet do bramki z biletami. (nie ma kiosków, bilety kupuje się w automatach)

Inne:

17. Przed posiłkiem podają mokre ręczniki. Świetne dla tych, którzy zapominają o higienie.
18. Gdy się wchodzi do sklepu, Japończycy witają serdecznie i reklamują towary (bardzoooooooo głośnooooooo ) Apropo' przeciągają to co mówią i można się nieźle pośmiać! )))
19. Nie ma koszów! Tam jest tak czysto, że mają się czym pochwalić, ale zastanawia mnie czemu kosze są tak rzadko... Jeden na km...
20. Wszystko można zobaczyć i spróbować w sklepie! Obsługa bardzo miła, nie tak jak u nas. Nawet jeśli nie kupisz tego co zostało odpakowane, nie ma obawy, nikt Cię nie zje! )
21. Jak Japończyk pokazuje na siebie, palec wskazujący kładzie na nosie, a gdy na Ciebie, kładzie go na Twój nos!

Autor: Whisper
Data dodania artykułu: 24.10.2005
Data modyfikacji artykułu: 28.02.2010
Prawa autorskie »

Prawa autorskie

W naszym wortalu Konnichiwa.pl pojawiło się wiele tekstów, które zostały nadesłane do redakcji. Mimo starań nie jesteśmy w stanie sprawdzić czy dany tekst nie łamie praw autorskich i nie jest plagiatem. W związku z tym prosimy o zgłaszanie takich tekstów pod adresem redakcja@konnichiwa.pl a ich autorów przepraszamy.

Na stronach serwisu Konnichiwa.pl znajdują się także teksty i zdjęcia pochodzące z innych stron www lub gazet/magazynów - jednak nasza redakcja otrzymała zgodę na ich zamieszczenie lub znajdowała się przy nich odpowiednia informacja o możliwości ich zamieszczenia z podaniem źródła.

Redakcja Konnichiwa.pl nie zezwala także na kopiowanie tekstów i zdjeć należących do członków redakcji bez uzyskania stosownej zgody.

Redakcja Konnichiwa.pl

« wstecz

Strona używa plików cookies. Stosujemy je aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie. Pamiętaj, że możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

zamknij