Love Hina

"Czy widzieliście wspaniałą komedię Juliusza Machulskiego opisującą perypetie nieśmiałego Albercika i sprytnego Maxa w sfeminizowanej przyszłości? Z pewnością tak, bo któż nie oglądał "Seksmisji"? Otóż jedną ze scen, która szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci był moment płaczliwego wyznania Maxa, czyli Jerzego Stuhra: "Kobieta mnie bije". Słowa te mógłby za nim kropka w kropkę powtórzyć Urashima Keitaro, główny bohater anime Love Hina. Razy, ciosy, kuksańce etc., które otrzymał on z pięknych dziewczęcych, co nie znaczy słabych, rączek wystarczyłyby na obdzielenie kilkudziesięciu walk bokserskich o mistrzostwo świata wszech wag, tym bardziej, że przeważnie po każdym uderzeniu Keitaro zmieniał się w samolot przemierzając niebo ponad okolicznymi budynkami.

Zacznijmy jednak od początku. Kei właśnie jest załamany. Po raz kolejny nie dostał się na elitarny Uniwersytet Tokijski, a rodzina nie jest w stanie zapewnić mu utrzymania. Wprawdzie mógłby zdawać na mniej prestiżowa uczelnię, nie tak obleganą przez kandydatów, ale kiedyś obiecał pewnej dziewczynce, że będzie studiował właśnie tu razem z nią. Owszem, było to piętnaście lat temu. Owszem, miał wtedy, podobnie jak i ona, pięć lat. Owszem, koleżanka, której złożył obietnicę, wyjechała, a on zapomniał nawet jej imienia. Ale przy tym wszystkim Keitaro był człowiekiem honoru i próbował dotrzymać słowa. Stąd owe próby i egzaminy, które przynosiły jedynie rozczarowanie. Stoi sobie więc Kei na korytarzu uczelni, smutny, bo nie dość, że nie zdał, to jeszcze przed momentem zdrowo oberwał od jakiejś brzydkiej, długowłosej okularnicy i zastanawia się nad przyszłością.

Zdaje się jednak, że fortuna niezupełnie go opuściła, gdyż w tak trudnej dla siebie chwili otrzymał od swojej babci propozycję pracy. Starsza pani, właścicielka Hinata Inn (coś w stylu żeńskiego internatu), w związku ze swoim wyjazdem potrzebowała kanrinina. Kanrinin to połączenie kierownika akademika ze sprzątaczką i woźnym, jednym słowem człowiek od wszystkiego. Może nie jest to propozycja wspaniała, ale gdy głód zagląda w oczy nie grymasi się. Nie grymasił również Keitaro i czym prędzej udał się do Hinata Inn. Babci wprawdzie wewnątrz budynku nie znalazł, ani też nikogo innego, ale za to trafił na wspaniałą ogrodową łaźnię w podgrzewanym jeziorku. Cóż, Keitaro był przemęczony, wokoło nikogo, a przy tym była to własność jego babci. Zrobił więc dość naturalną w tych warunkach rzecz: zrzucił odzienie i zanurzył się w rozkosznie ciepłej wodzie. Nagle ta wspaniała kąpiel miała szansę stać się jeszcze wspanialszą, bowiem zza drzwi wyszła piękna, długowłosa istota o blond fryzurze i figurze bogini, jednym słowem czyste, pełne dziewczęcego wdzięku, kawai. Przy tym kompletnie nieprzejmujące się, iż obok właśnie kąpie się roznegliżowany facet. Oczywiście Kei zachował się zgodnie z klasyczną tradycją filmów anime tzn. usta opadły mu poniżej brody, a potem z oczyma przypominającymi karuzele próbował wyczołgać się zarówno z basenu, jak i z niezręcznej sytuacji. I uczynił to tak jakoś dziwnie, że chcąc nie chcąc trafił twarzą prosto w biust owej kawai. Sytuacja zaczęła się powoli wyjaśniać. Naru Narusegawa, bo tak owa śliczna istotka się nazywała, była krótkowidzem (wedle moich ocen, co najmniej minus osiem dioptrii) i wzięła Keitaro za swoją najlepszą przyjaciółkę Kitsune. Z bliska jednak okazało się, iż chłopak to jednak coś nieco innego niż dziewczyna. Dlatego też straszliwie oburzona, wściekła i w ogóle dotknięta w swej godności Naru rozpoczęła pościg za naszym bohaterem, a, przynajmniej w angielskiej wersji, słowo "pervert" stało się najczęściej używanym wyrazem przez najbliższe kilka minut. Kei jakoś sobie radził uciekając przez korytarze, pokoje, balkony, dachy, lecz gdy do pościgu włączyły się inne, zamieszkałe w Hinata Inn lokatorki, nie miał szans. Uratowała go dopiero ciotka, również pracująca w Hinata Inn (a przy okazji prowadząca sklepik). Chłopak miał o tyle szczęście, że przybyła w momencie, gdy dziewczyny właśnie go schwytały i poważnie rozważały alternatywne możliwości tortur. Toteż zdziwiły się, gdy zmaltretowany Keitaro zwrócił się do gospodyni per "ciociu Haruko". Oczywiście oberwał za to, gdyż "ciocia Haruka" wcale nie życzyła sobie być nazywana ciocią przez chłopaka, od którego sama nie była wiele starsza.

Tak właśnie zaczyna się wspaniały cykl anime, który chciałbym krótko przedstawić w niniejszym artykule. Już z przedstawionych fragmentów akcji można stwierdzić, że to komedia. Zgadza się, jest to wspaniała, prześmieszna komedia romantyczna. Jeżeli jednak ktoś łączy romantyzm tylko z nudą i totalną ckliwością, czym prędzej pragnę go uspokoić. W Love Hina jest oczywiście love, ale także trochę action, a wszystko to podładowane powalającym humorem. Od razu zaznaczam, iż nie jest to cykl przesadnie ambitny, a problemy wewnętrzne bohaterów, ich odczucia, troski etc. nie sięgają wyżyn schizofrenii i nie wymagają leczenia u psychoanalityka. Nie mają oni poczucia misji i nie cierpią za miliony. To najnormalniejsi w świecie młodzi ludzie żyjący w kręgu typowych problemów związanych z pracą, nauka i miłością.

O Keitaro już wspomniałem. Damą, do której wzdycha jego serce jest Naru. Chyba o żadnej bohaterce Love Hina nie można trafniej powiedzieć używając znanych słów z libretta do opery "Rigoletto" Verdiego: "la donna e mobile". Naru to kobieta kameleon: brzydka dziewczyna w okularach, która na początku dała Keitaro ostro popalić na uniwersyteckim korytarzu, a jednocześnie piękność z basenu w Hinata Inn. To właśnie od niej Kei obrywa najwięcej. Wyobraźmy sobie na przykład taką scenę. Keitaro oblał trzeci raz egzaminy i wybył z Hinata Inn, pragnąc pobyć samemu oraz po prostu ze wstydu. Wszystkie dziewczęta z internatu szukają go daremnie, poza Naru, która domyśliła się, że chłopak będzie dumał nad swoim losem stojąc w nocy przed budynkiem uniwersytetu. Poszła więc właśnie tam. I rzeczywiście go spotkała. Był smutny, zawstydzony. Stanęła mu plecami i wypowiedziała jego imię. Odwrócił się, a ona poprosiła, by zamknął oczy. Romantyczna atmosfera, pocałunek? Nic z tych rzeczy. Naru dała mu najpierw w szczękę, a potem radośnie stwierdziła, ze od razu czuje się lepiej. Przy czym akurat na ten cios Kei zasłużył, lecz przeważnie miał zwyczajnego pecha. A to przypadkiem zobaczył Naru w negliżu, a to potknął się i ściągnął jej koszulkę, albo musnął biust, a to tak niefortunnie machnął kijem, że zdjął dziewczynie górną część kostiumu kąpielowego etc., a wraz ze wzrostem znajomości dwójki głównych bohaterów wcale sprawa nie wygląda lepiej. Wygląda bowiem na to, że Naru zaczyna się robić zazdrosna. Och, to nie to, żeby się przyznała, iż kocha Keitaro (na to trzeba czekać dopiero do Love Hina Spring Special). Wręcz przeciwnie, ciągle podkreśla, że nie mają ze sobą nic wspólnego i zazwyczaj określa go słowem "Baka", czyli "Idiota". Ale jeżeli przypadkiem jakaś inna dziewczyna się zjawi w pobliżu Keitaro, reakcja często bywa nadzwyczaj gwałtowna. Zwłaszcza, gdy ową dziewczyną jest Mutsumi Otohime, na którą pada podejrzenie, iż może być ową zaginioną osobą, której w dzieciństwie Kei złożył obietnicę. Mutsumi to w ogóle zresztą osóbka niezwykle słaba, często mdlejąca, zwłaszcza w towarzystwie Kei, przy tym niezwykle prostolinijna i wylewna w okazywaniu uczuć. Dlatego też Naru ma na nią szczególne oko.

Jeżeli dotychczasowy opis Love Hina przypomina Wam sprawozdanie z meczu Tyson - Gołota to dlatego, iż owe kuksańce są na początku najbardziej charakterystycznym elementem cyklu i przynajmniej mi trochę przeszkadzały. Później jednak chyba się przyzwyczaiłem i owe ciosy przyjąłem, jako część konwencji, tym bardziej, że nawet jeżeli uderzony Keitaro przelatywał w powietrzu szmat drogi, to i tak w następnej scenie często znów zjawiał się w centrum akcji. Poza tym nie jest to Dragon Ball i wszystkie te ciosy nie są częścią pokazu martial arts, lecz jedynie elementem wynikowym uosabiającym oburzenie którejś z mieszkanek Hinata Inn. Stanowią mniej więcej odpowiednik kropelek, które ukazują się przy głowach postaci w filmach anime w momencie zażenowania.

W rzeczywistości Love Hina jest oparte przede wszystkim na wątkach miłosnych. Do czynienia mamy nie z zakochaną parą, nawet nie z trójkątem, ale z czworokątem osób zaangażowanych (w rzeczywistości, lub jedynie w wyobraźni Kei i Naru), a rozumowanie głównych bohaterów mniej więcej wygląda (w dużym uproszczeniu) tak: "ja myślę, że ona/on myśli, że jego/ją naprawdę kocha, a mnie nie. A skoro tak, to z bólem serca trzeba samemu się usunąć, by ona/on mogła/mógł zaznać prawdziwego szczęścia." Oczywiście takie postępowanie tylko utwierdza tą drugą osobę, że miała rację w swojej ocenie sytuacji. I kółeczko się zamyka. Właśnie momenty przemyśleń, chwile smutku, niepokoju, bólu są jedyną poważną częścią filmu nadając mu charakter bardzo rzeczywisty. Bohaterowie przestają być postaciami z papieru i nabierają głębszego, bardzo ludzkiego wymiaru. I piękne w tym filmie jest między innymi to, że jego twórcy postarali się nie spłycić zanadto uczuciowości postaci, stąd Naru, Kei, Schinobu, Kitsune i inni stają się po prostu widzowi bliżsi.

Ta wielce stresująca dla bohaterów filmu sytuacja może być jednak genialnym podłożem do wprowadzenia potężnej ilości elementów komediowych. Oczywiście jednym z najważniejszych elementów jest rysunek, który zmienia się podkreślając zdumienie, niepewność, czy wyjątkową nieporadność bohaterów. Tego typu komizm jest zresztą charakterystycznym znakiem anime i występuje także w filmach o treści poważniej np. choćby w Ayashi No Ceres. W Love Hina obecny jest również komizm sytuacyjny rodem z niemych filmów Charlie Chaplina. Ktoś coś niechcący rozbił, ktoś upadł, ktoś wszedł nie tam gdzie trzeba - wszystko to znamy, ale trzeba przyznać, że twórcy filmu odgrzebując stare pomysły zrobili to dość starannie unikając scen bezsensownych. Jeżeli na przykład Kei dotyka biustu Narusegawy, to nie dlatego, że lubi obrywać (bo tak to się przeważnie kończy), ale albo ktoś go popchnął, albo się potknął, albo zasłabł etc. W każdym razie ma to jakieś logiczne wytłumaczenie. Rzecz jasna sceny takie w dużym natężeniu też stały by się ciężkostrawne dla osób nie preferujących zwariowanego humoru. Ale w tym cyklu do granicy dobrego smaku autorzy dobili, lecz jej nie przekroczyli. Dlatego można się "jeszcze" śmiać z upadków Keitaro, a nie "już" narzekać, że "co za dużo, to nie zdrowo". Wreszcie film oferuje trzeci i najtrudniejszy koncepcyjnie z ww. typ humoru tzw. komedię pomyłek, w której głos decydujący ma przypadek rzadki, lecz nie nieprawdopodobny.

Nie możemy także zapomnieć o elementach humoru w niemal wszystkich występujących w filmie postaciach. Love Hina bowiem to nie tylko nieco niezgułowaty, lecz o dobrym sercu Kei, czy stanowcza, nie przyznająca się sama przed sobą do uczuć Naru. Inni mieszkańcy, a raczej mieszkanki, Hinata Inn, odgrywają w filmie również bardzo istotną rolę. Między innymi Kitsune (Mitsune Konno), najbliższa przyjaciółka Narusegawy. Nie da się zaprzeczyć, dziewczyna trochę egoistyczna i wścibska, uwielbiająca płatać figle, ale suma sumarum w porządku, co okazuje się zwłaszcza w momentach trudnych dla Kei i Naru. Uwielbia sake. Toteż przeżyła szczególnie trudne chwile, gdy obowiązki gospodyni przyjęła na siebie na jakiś czas Motoko Aoyama, inna lokatorka Hinata Inn, która po prostu wylała jej ulubiony trunek, zastępując go w butelkach jakimś bezalkoholowym świństwem. Motoko zresztą jest w całym filmie postacią szczególną, a jej osobiste wątki odgrywają niemal tak istotną rolę, jak losy głównej pary. Aoyama to sfrustrowana mistrzyni kendo. Poznajemy ją w zasadzie w trzecim odcinku cyklu, kiedy to stanowczo zaprotestowała przeciwko objęciu przez Keitaro funkcji kanrinina, motywując to faktem, że nie wypada, by młody mężczyzna mieszkał w domu pełnym kobiet. W rzeczywistości jednak był to tylko pretekst, Motoko, bowiem, dziewica - wojownik, twarda jak skała, a silna niczym tygrys przestraszyła się, że jej serduszko zaczyna robić "puk puk" w stronę Keitaro, choć ten starał się jej tylko nie wchodzić w drogę. No, ale być obiektem, który mógł zburzyć barierę czystości japońskiej Joanny d'Arc to przecież wina niewybaczalna! Stąd biedny Kei miał masę kłopotów z Motoko zanim w końcu nie doszli do porozumienia, a wojowniczka upewniła samą siebie, że Urashimę tylko lubi. Z drugiej strony jednak oficjalne relacje Motoko - Keitaro bywały nieco bliższe niż więzi uczuciowe, a zdarzyło się nawet, że raz o mało co nie zostali zmuszeni do zawarcia ślubu, co oczywiście doprowadziło Naru do białej gorączki. W rzeczywistości problemem Motoko jest jednak nie Urashima, lecz jej własna starsza siostra, która torturuje ją psychicznie z umiejętnością przyrodzoną starszemu rodzeństwu w każdym chyba miejscu świata. Wprawdzie owe tortury polegają wyłącznie mniej więcej na słowach: "Jesteś cieniaską, młodsza siostro", ale dla Motoko rzecz jest strasznie frustrująca. Inna sprawa, że w porównaniu z ową starszą siostrzyczką Motoko, mimo, że taka super mistrzyni miecza, wyglądała rzeczywiście jak początkujący adept.

Zapewne jedyną normalną lokatorką Hinata Inn jest czternastoletnia Shinobu Maehara. W internacie zamieszkała w drugim odcinku cyklu po rozwodzie swoich rodziców. Dopóki nie poznała dziewcząt z Hinata Inn nie była specjalnie lubiana w szkole i nie miała bliskich koleżanek. Shinobu to wstydliwa, wrażliwa introwertyczka beznadziejnie zakochana w Keitaro, a jednocześnie zdająca sobie sprawę, że jej uczucie nie ma przyszłości. Dlatego też po bohatersku, choć z bólem serca, stara się wspierać Kei i Naru w stopniowym odkrywaniu wzajemnej miłości. Shinobu to nie tylko ostoja normalności w filmie, ale też ognisko ciepła, nieco smutnego wprawdzie, ale nieodmiennie życzliwego, a przy tym potrafiącego cieszyć się radościami innych. Dobra, uczynna, znakomita kucharka, może bez jakiejś szczególnej fantazji i pomysłowości, ale za to zdolna do wielkich poświęceń dla przyjaciół. Słowem, gdyby nie Naru, to Keitaro, według mnie, mógłby ostatecznie poczekać te kilka lat.

Najbliższą przyjaciółką Shinobu jest jedyna cudzoziemka mieszkająca w Hinata Inn - Kaolla Su. To młodziutka blondynka o smagłej skórze i płowych, wiecznie roztrzepanych włosach, zwinna niczym małpka, a inteligentna jak Einstein. Jej hobby to zwariowane konstrukcje, przynoszące tyleż pożytku, co kłopotów. Ma skłonność do lunatykowania i w jednym z odcinków w ten sposób trafiła do łoża (o ile łożem można nazwać matę) Keitaro. Oczywiście w tym momencie zjawiła się Narusegawa, nie wiadomo, czy bardziej zgorszona, czy wściekła. Biedny chłopak znów by oberwał nie wiedząc nawet za co, gdyby Su nie zaczęła, dalej śpiąc, dobierać się także do Naru. Moim zdaniem scena, w której śpiąca Kaolla żelaznym chwytem obejmuje Kei i Naru przytulając ich do siebie jest świetna: totalnie zaskoczona i zażenowana Naru oraz również zaskoczony, ale jednocześnie nawet zadowolony, Keitaro, któremu w głowie przebiega akurat myśl: "To jest dziwne połączenie przyjemności i bólu." Osobnym wątkiem związanym z Kaollą jest jej rodzeństwo: brat, za którym tęskni i siostra, za którą ... hm, trudno powiedzieć. W każdym razie biorąc pod uwagę fakt, że ulubionym zwierzaczkiem Amary Su (tak się nazywa owa siostrzyczka) jest krokodyl, to ja się wcale nie dziwię Kaolli, że uciekła ze swego kraju do Japonii.

Istotnych postaci w cyklu jest oczywiście znacznie więcej, ale chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na mieszkający niedaleko Hinata Inn kwartet starszych panów ubranych w jednakowe, być może mnisie, kimona w przekomiczny sposób komentujących rozgrywające się przed ich oczyma wydarzenia. Romans i humor to dwie podstawowe cechy charakteryzujące ten film, ale znajdzie się w nim coś również dla miłośnika kina akcji. Nie ma wprawdzie walk z terrorystami, czy setkami wrogich ninja, ale kilka wspaniałych pojedynków ma jednak miejsce. Ja zwłaszcza polecam starcie pomiędzy doktorem Setą (który jest częścią owego czworokąta miłosnego wspomnianego przeze mnie w jednym z poprzednich akapitów), a Motoko. To, że pojedynek był na niby, bo na teatralnej scenie, wcale nie odbiera mu widowiskowości. A ponadto dalekie wyprawy, odkrycia, ekspedycje - nie jest to może zasadnicza część filmu, ale naprawdę istotna dla całej fabuły, pozwalająca zaprezentować bohaterów w różnych sytuacjach, no i będąca podstawą do wprowadzania kolejnych elementów romansowych i komediowych.

Chciałbym poruszyć jeszcze kilka spraw, że tak się wyrażę, technicznych. Przede wszystkim kreska: moim zdaniem, na całkiem niezłym poziomie. Nie jest to może ósmy cud świata japońskiego rysownictwa, ale dobra robota z przyzwoitą dbałością o szczegóły. Dominują miękkie, okrągłe kreski i jasne, miłe dla oka, kolory.

Natomiast to, co w Love Hina jest nieprzeciętne, to ścieżka dźwiękowa. Trzeba przyznać, że w ogóle produkcje anime wyróżniają się szczególną dbałością o stronę muzyczną, ale Love Hina pod tym względem szczególnie przypadł mi do gustu. W zasadzie są dwa główne tematy melodyczne. Jeden, to harmonijne i delikatne brzmienie muzyki elektronicznej opartej o długie przenikające się dźwięki, za to drugi przypomina jakąś dziwną, kompletnie nieskładną kocią muzykę, która jednak straszliwie wpada w ucho. W każdym razie ja lubię włączać Love Hina niekiedy wyłącznie dlatego, żeby posłuchać muzyki. Ze stworzeniem serii Love Hina związane są dwa nazwiska: Iwazaki Yoshiaki i Uno Makoto pracujących dla studia XEBEC. Jest to ta sama firma, która zrealizowała na przykład Tales of Eternia, czy Bakuretsu Hunters. Sam cykl ujrzał światło dzienne w roku 2000. Liczy sobie 25 mniej więcej dziewiętnastominutowych odcinków (w zasadzie to 24 + jeden dodatkowy poświęcony Motoko) i kończy się, jak to komedia, happy endem. Dalsze przygody Naru, Kei i paczki przyjaciół są prezentowane w osobnych pozycjach: Love Hina Christmas Special i Love Hina Spring Special dokładnie w tej kolejności. Dostępna jest jeszcze pozycja Love Hina Final Selection, ale to tylko wybór najważniejszych scen z poszczególnych odcinków, takie krótkie podsumowanie cyklu. No, a jeszcze dalej mamy trzyczęściową serię OAV-ek Love Hina Again.

Pisząc ten artykuł zastanawiałem się, dlaczego tak bardzo lubię Love Hina? Przecież stworzono wiele innych komedii anime. To prawda, ale opisywany tu cykl jest tak miły, tak radosny, tak epatujący życzliwością, że wprost nie sposób się nie uśmiechnąć ad vocem do ekranu monitora. Ponadto splot różnorodnych rodzajów humoru w sensownych dawkach podbudowany sporą dawką romantyzmu oraz logiką i realizmem, a także momentami szybkiej akcji daje w rezultacie nową, znakomitą jakość. Jeżeli szukasz uśmiechu, czy wzruszenia, to z pewnością film dla ciebie, ale nawet jeżeli interesują Cię Szanowny Czytelniku wyłącznie ciemne głębie ludzkiej i nieludzkiej natury spróbuj, bo może uśmiech Love Hina przebije się przez mrok i dotrze również do Ciebie. W każdym razie dla mnie ten cykl jest the best. Rzeczywiście. Po prostu I LOVE LOVE HINA.

Autor: Kelly
Data dodania artykułu: 24.10.2005
Data modyfikacji artykułu: 05.10.2010
Prawa autorskie »

Prawa autorskie

W naszym wortalu Konnichiwa.pl pojawiło się wiele tekstów, które zostały nadesłane do redakcji. Mimo starań nie jesteśmy w stanie sprawdzić czy dany tekst nie łamie praw autorskich i nie jest plagiatem. W związku z tym prosimy o zgłaszanie takich tekstów pod adresem redakcja@konnichiwa.pl a ich autorów przepraszamy.

Na stronach serwisu Konnichiwa.pl znajdują się także teksty i zdjęcia pochodzące z innych stron www lub gazet/magazynów - jednak nasza redakcja otrzymała zgodę na ich zamieszczenie lub znajdowała się przy nich odpowiednia informacja o możliwości ich zamieszczenia z podaniem źródła.

Redakcja Konnichiwa.pl nie zezwala także na kopiowanie tekstów i zdjeć należących do członków redakcji bez uzyskania stosownej zgody.

Redakcja Konnichiwa.pl

« wstecz

Strona używa plików cookies. Stosujemy je aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie. Pamiętaj, że możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

zamknij