Nagano
Nagano stolica zimowych igrzysk olimpijskich. To prawie każdy wie. W samym mieście nie ma żadnych obiektów sportowych. Tuż pod miastem jest sztuczny stadion lodowy, gdzie odbyła się ceremonia otwarcia i zamknięcia olimpiady. Reszta zimowych aren jest nawet kilkadziesiąt kilometrów od centrum. Samo miasto jest nowoczesne.
Mieszkałem w hotelu blisko dworca, dzięki czemu mogłem podziwiać startujące w drogę pociągi Shin-kai-sen. Widok doprawdy imponujący, nawet raz udało mi się jeden taki skład złapać w obiektyw, choć przymiarek było kilkanaście.
Nie ma tam wielkich sklepów, ani ogromnych pasaży. Powiedziałbym, że obecnie jest tam, jak na warunki japońskie, raczej sennie. Wielkie hotele świecą pustkami, dużo domów czeka na lokatorów, chyba na próżno. Znaleźliśmy tylko jeden kryty pasaż, w którym i tak połowa sklepów i restauracji była zamknięta.

Początek deptaku

Pasaż handlowy
Wędrując pod lekką górę najpierw dostrzegamy obniżenie się wysokości domów, a następnie nawet pewne rozluźnienie zabudowy. W końcu dochodzimy do miejsca gdzie kończy się ruch kołowy. Szeroki, kamienny deptak otaczają domy, w których mieszkają pewnie ludzie posługujący w świątyni, a następnie sami mnisi, lub ich rodziny. Każda posesja posiada malutki ogródek otoczony niewielkim ogrodzeniem, ozdobiony jedną lub dwoma latarniami.

Bulwar pieszy

Domy mnichów

Główna brama

Stragany
Na końcu, widać olbrzymią bramę prowadzącą do kompleksu świątynnego. Główny budynek otaczają liczne pomniejsze miejsca kultu. Każde z nich poświęcone jest innemu bóstwu. Przed bramą wejściową, zupełnie jak u nas, moc straganów i sklepików z miejscowymi dewocjonaliami i pamiątkami.
Obok głównej świątyni jest szereg posągów Buddy, które na własny użytek, ze względu na osobliwe ubranie, nazywaliśmy: Szalikowcy. Nie mam zamiaru nikogo urazić, ot, po prostu, takie było nasze skojarzenie. Zresztą sami zobaczcie na zdjęciu.

Mała świątynia

Szalikowcy

Świątynia
Wnętrze budowli dość ciemne, wolno było wejść tylko kawałek w głąb. Dalej prowadziła wytyczona ścieżka do kasy, gdzie po uiszczeniu opłaty schodziło się na dół w takie coś. To coś to po prostu … ciemność, czarna dziura, brak wszelkich bodźców wzrokowych, a nawet słuchowych. Swoista terapia, idę i nie wiem dokąd i na co lub kogo wpadnę. Wrażenie raczej niesamowite, ale szczerze mówiąc, wyszedłem z tego jakiś taki wewnętrznie wyciszony i uspokojony. Warto jeszcze zobaczyć, umiejscowioną na wzgórzu wśród drzew, różową pagodę, lecz niezbyt zachęcająca do spacerów pogoda zmusiła nas do odwrotu. Z góry był ładny widok na miasto, niestety, częściowo przysłonięty chmurami i mżawką.
Miałem tam jeszcze prześmieszną historię. Jako amator kawy krążyłem szukając odpowiedniej kafejki. W końcu znalazłem taką maleńką niedaleko hotelu. Zostałem bardzo szybko i z uśmiechem obsłużony. Widziałem jednak, że wzbudzam zainteresowanie. Podszedł do mnie właściciel i wśród ukłonów łamaną angielszczyzną zapytał się, skąd przyjechałem. Na moje krótkie: Porando, jeszcze niżej się ukłonił i powiedział Malisz. Wykazałem się domyślnością rozpoznając nazwisko naszego skoczka i natychmiast zripostowałem, Harada, Myiahira, Okabe i chyba jeszcze paru wymieniłem. Faceta zamurowało, a potem myślałem, że się rozpłynie. Kłaniał mi się co chwila, ja mu też, bo przecież wypada, cholera mnie bierze, bo spokojnie i bez gimnastyki kawy nie mogę wypić, a on do tego każdego kto wchodził informował skąd jestem i że znam japońskich skoczków, na co każdy nowy klient … no zgadnijcie co robił.

Różowa pagoda

Gigantyczne bon-sei

Park w grudniu
Kawę mieli jednak dobrą, więc mimo niebezpieczeństwa dodatkowych ćwiczeń fizycznych następnego dnia też tam, zajrzałem Co do gimnastyki nic się nie pomyliłem, ale kawa była dobra.
Autor: Jacek Kicman
Data dodania: 2006-10-14, data ostatniej modyfikacji: 2010-02-28



























