Japonia zmienna czy niezmienna?, aut. Jolanta Tubielewicz

Ludzie dzielą się, ogólnie, na tych, którzy umieją pisać i na tych, którzy tej sztuki nie posiedli. Przy czym przez pisanie rozumiem nie tyle tak krótkie oraz stosunkowo proste teksty, jak ten, który właśnie czytacie, ale sztukę wyższego rzędu: pisanie z zamiłowaniem, z uczuciem, łącząc wiedzę z pasją, która udziela się czytelnikowi. Taki sposób pisania dostępny jest jedynie nielicznym. Dotyczy to również wybitnych naukowców, którzy z mniejszym lub większym skutkiem starali się wśród szerokich gremiów popularyzować gałąź wiedzy, którą reprezentują. Jedni to robią lepiej, inni gorzej, jednak niewątpliwie świętej pamięci Jolanta Tubielewicz należała do tych, którzy pisali wspaniale. Pani była niewątpliwie gigantem na scenie polskiej japonistyki, jednakże potrafiła przy tym nie zamykać się w obszarze naukowych schematów, wyspecjalizowanych kręgów, lecz wyjść do tych, którzy są miłostkami Japonii, jednocześnie amatorami. Nawet zaryzykowałbym więcej: także do tych, którzy, po prostu, lubią dobrze napisane książki. Proszę o wybaczenie mi tego entuzjazmu, lecz jestem właśnie na ostatnich kartach wspaniałej książki, która, chociaż ma już kilka ładnych lat i często opowiada o rzeczach, które wydarzyły się przed urodzinami wielu z nas, pokazała mi Japonię, jak chyba żadna inna pozycja. Cóż to jest za książka? Na pierwszy rzut oka: obszerna, ładnie wydana, z wyraźną czcionką, zawierająca materiał zdjęciowy: zarówno kolorowy, jak i czarno-biały. Z punktu widzenia literackiego: nie jestem żadnym ekspertem, lecz według mnie to świetna polszczyzna, przy czym użyta z lekkością godną powieści sensacyjnej , po prostu, wspaniale się czyta. Wreszcie zawartość: nie do przecenienia dla miłośnika Japonii i, naprawdę, piszę te słowa z pełną odpowiedzialnością. Dla podkreślenia chciałem przytoczyć kilka cytatów, które mnie szczególnie urzekły. No i miałem wielki kłopot, gdyż, czytając tą pozycję już myślałem o recenzji i starałem się zapamiętać najlepsze kawałki. Problem w tym, że kiedy doszedłem do 20-tej strony już miałem ich kilkanaście, a w trakcie dalszego czytania dochodziły coraz to nowe. Nie zamieszczam więc żadnych fragmentów, których po prostu było zbyt wiele, lecz zachęcam do przeczytania.

Cóż się rzuca podczas czytania w oczy? Przede wszystkim niezwykle osobiste podejście do tematu. Czasem autorzy tego typu książek przedstawiają swoje spostrzeżenia, tymczasem profesor Tubielewicz wciągnęła czytelnika w tok wydarzeń. Przedstawiła je tak, jakby jej oczy stanowiły przedłużenie zmysłów osoby czytającej. Wyobraźmy więc sobie, że wędrujemy po Japonii, mają za przewodnika nie trzpiotkę - przewodniczkę, która mówi oklepanymi formułkami, ale kogoś, kto z jednej strony czuje ten kraj, z drugiej zaś, mówi językiem, który dociera do przeciętnego polskiego miłośnika Kraju Kwitnącej Wiśni. Pisząc te słowa przypomniał mi się akurat inny fragment książki, kiedy to autorka przedstawia swoje przeżycia związane ze spotkaniem niezwykłego młodego Japończyka, który postanowił sobie osiągnąć stan Buddy dążąc do doskonałości w oprowadzaniu wycieczek. Ów student, na zupełnie innym wydziale niż historia, z zamiłowania badacz dziejów, totalnie znudzony i zniesmaczony poziomem opieki przewodników turystycznych w postaci młodych, wymuskanych panienek powtarzających ciągle te same banały, postanowił rzucić im wyzwanie. Dla niego miała być to tyleż forma udowodnienia, ze można inaczej, co droga do wzniesienia się na wyższy poziom świadomości. Taki rodzaj prywatnej religii. Człowiek ów wybrał profesor Tubielewicz na pierwszy ogień dla sprawdzenia swojej umiejętności opisywania wspaniałości historycznych dlatego, iż dowiedział się, że jest historykiem. Uznał więc, ze taka osoba najbardziej obiektywnie oceni jego umiejętności, jednocześnie zaś będzie zainteresowana tematem. Autorka wiele stronic poświęca kilkumiesięcznym wspólnym włóczęgom po Kioto i temu, jak ów młody człowiek potrafił zwracać jej uwagę na drobne szczegóły, które tworzyły nastrój i klimat danego obiektu.
Takich opowiastek, historyjek, czasem zabawnych, czasem znacznie mniej jest w tej książce mnóstwo. Profesor Tubielewicz nie przemawia danymi , ale maluje obrazy. Wspomina swoje dwadzieścia kilka podróży do Japonii i opisuje wrażenia okiem: turysty, miłośnika, gaijina oraz osoby, która została zaakceptowana przez jakąś część środowiska, zwłaszcza przez jej japońską Rodzinę, pisaną zawsze z wielkiej litery.

Gdzieś przeczytałem opinię, że jeżeli chcesz poznać jakiegoś człowieka, powinieneś poznać jego przeszłość. To samo dotyczy także krajów, dlatego szczególnie wartościowe oraz ciekawe są relacje dynamiczne. Dokładnie taka jest opowieść autorki o Kraju Kwitnącej Wiśni. Swoje wizyty rozpoczęła w latach sześćdziesiątych i trwały one przez kilka dziesięcioleci. Świat widziany oczyma profesor Tubielewicz zmienia się, tak samo jak zmienia się ona sama i jej zrozumienie Japonii. Opisuje swoje lapsusy z pierwszych podróży i drogę w pojmowaniu zawiłości japońskiego obyczaju. Popatrzmy na sytuację: staruszka stoi w pociągu, autorka ustępuje jej miejsca, starsza zaś pani nie chce usiąść, długi czas kłaniając się, dziękując etc. Dlaczego? Bowiem według niej, rodziłoby to zobowiązanie, którego nie mogłaby oddać, nie mogłaby się odwdzięczyć. Toteż, dla owej staruszki uprzejmość, naturalna dla Polki, była w rzeczywistości obciążeniem, wymagała bowiem rewanżu. Albo umówiona wizyta u mera Kioto. Dla profesor Tubielewicz szef miasta był urzędnikiem, wprawdzie wysokiego szczebla, jednak urzędnikiem. Dlatego podczas wizyty u niego potraktowała go bardzo uprzejmie, jednak bez czołobitności. Tymczasem, kiedy usłyszała rodowita Japonka opis owego spotkania uznała, że polska profesor go obraziła, gdyż prawidłowym i naturalnym zachowaniem się byłoby kłanianie się w pas i setki achów, ochów i tym podobnych. Czy to nie krępujące? Pewnie w Polsce tak, jednak w Japonii jest to elementarna grzeczność. Autorka opisuje owe dziwne, dla nas, zasady i w pewnej chwili stwierdza, że stały się dla niej czymś naturalnym. Takich przykładów w książce pojawia się wiele. Przy czym nie oznacza to bezkrytycznego uwielbienia dla japońskości. Wręcz przeciwnie, wspomina o tym, że Japończykiem stać się nie można nawet po wieloletnich obserwacjach, jednakże nie jest to konieczne, gdyż za nami stoi równie rozbudowana kultura mająca za sobą tysiące lat tradycji.

Polecam szczerze tą pozycję, książkę bardzo dobrze napisaną. Trudno wycenić wiedzę, którą dzięki niej uzyskują czytelnicy, przy czym dokonuje się to w sposób niezwykle ciekawy. Najważniejsze jest jednak chyba, ze pokazuje nam ową część japońskości, prawdziwą i niezwykle rzadko spotykaną w literaturze. Rzadko można spotkać książki tak osobiste, a jednocześnie dostarczające tak wielu uwag i przemyśleń natury ogólnej.

Jolanta Tubielewicz
Wydawnictwo TRIO 1998

Polecane produkty w sklepie:

  1. Japonia. Leksykon konesera
  2. Japonia widziana oczyma 20 autorów
  3. Japonia Przewodnik ilustrowany

Autor: Kelly

Data dodania: 2006-02-09, data ostatniej modyfikacji: 2010-02-27

Dodaj do:

prawa autorskie »

« wstecz

Wyszukiwarka
Nawigacja
Polecane strony

o stroniemapa stronyprawa autorskie

Copyright 2001-2011 by Konnichiwa.pl

^ do góry