Japonia na bieżąco, cz.4

Niedzielne popołudnie było całkiem zwariowane. Rano koledzy pojechali pod halę na YoYogi aby kupić bilety na mecz. Potem szybko do roboty i około 16-tej byliśmy już wolni. Rozpoczęło się szykowanie. Malowanie barw narodowych na twarzach i rękach, szykowanie flag, oraz przystrajanie instrumentów muzycznych. W końcu ruszyliśmy na stadion, wzbudzając na ulicach niemałą sensację. Szliśmy na piechotę, bo z Shibuii to niewielki kawałek. Dotarliśmy godzinę przed planowanym rozpoczęciem finału Polska-Brazylia. Przed areną sportową, wybudowaną na Olimpiadę 1964 roku, spotkaliśmy innych Polaków, więc zaczęło się trąbienie, bębnienie, i skandowanie: Polska, Polska . Zaraz zleciała się telewizja. Panowie z kamerami zaczęli nas filmować, mówiąc że nareszcie coś się dzieje. Po kontroli bagażu i biletów weszliśmy do środka. Okazało się, że trwa jeszcze mecz Rosja-Japonia. Sala wypełniona i krzyk gospodarzy dopingujący swoich zawodników. Odnaleźliśmy swoje miejsca i czekaliśmy na naszych. System sprzedaży biletów był taki, że kupowało je się na cały dzień, więc można było tam siedzieć od rana do wieczora. W końcu z 40-to minutowym opóźnieniem zaczęła się walka o złoto. Nad nami siedzieli Brazylijczycy, pod nami Brazylijczycy i obok też, ale nie daliśmy się zagłuszyć. Dopingowaliśmy, ile było sił w płucach i rękach. Mnie do dziś bolą nogi, bo stałem cały mecz na oparciach fotela, a mówić też tak jakoś nie za bardzo mogę. Udało nam się przebić waląc w bębny, rytm mazura jakoś Brazylijczykom nie wychodził. Polscy kibice byli rozproszeni, natomiast Brazylijczyków była masa, a do tego Japończycy dopingowali naszych przeciwników. Cicha zemsta za nasze zwycięstwo nad nimi. Po krótkim trzysetowym meczu został niedosyt i gorycz porażki, ale jednocześnie duma z naszych siatkarzy. Chłopaki po 34 latach wrócili do światowej czołówki.

Śpiewając i grając oczekiwaliśmy na dekorację. Mimo, że byliśmy otoczeni Brazylijczykami do żadnych ekscesów nie doszło, raczej wprost przeciwnie, wymienialiśmy przyjacielskie gesty. W końcu rozpoczęła się dekoracja. Nasi oddali hołd zmarłemu tragicznie koledze zakładając czarne koszulki z numerem Artura - 16 i napisem "Gołaś". Skandowaliśmy jego imię i nazwisko, śpiewaliśmy "Sto lat", krzyczeliśmy "dziękujemy" i ogonie robiliśmy dużo hałasu. Po dekoracji i wyborze najlepszych siatkarzy turnieju impreza dobiegła końca. Dopiero teraz, przy wyjściu, Polacy spotkali się razem. Trochę rozpamiętywaliśmy mecz, ale jednocześnie wyrażaliśmy swoją radość ze zdobytego srebra. Jeszcze trochę bębnienia przed stadionem i powrót do hotelu. Po drodze spotkaliśmy kibiców Brazylii. Skończyło się to, wbrew pozorom, przyjaźnią, kiedy pierwsi podeszliśmy do nich i złożyliśmy im gratulacje. Padło wiele przyjaznych słów z obu stron, a na koniec oni krzyczeli "Polska", my "Brasil". Jeszcze troszkę pohałasowaliśmy na Harajuku i całą grupą pojechaliśmy na Ikebukuro.

Na koniec chciałbym wspomnieć o sprawie kibicowania. W Japonii wszyscy siedzą grzecznie i pod przywództwem swoistego zapiewajły skandują, co im każe i biją dmuchanymi pałkami. Nasz sposób kibicowania przeraził obsługę, usiłowała nas usadzić i twierdziła, że nie można grać na instrumentach. Pokazaliśmy Brazylię i odpuścili temat, tam faktycznie się działo. Jeszcze jedna sprawa. Okazało się , że tv japońska transmitowała mecz swoich o siódme miejsce, natomiast finał poszedł o czwartej rano.

Z tym japońskim nacjonalizmem to jednak lekka przesada.

Autor: Jacek Kicman

Data dodania: 2006-12-11, data ostatniej modyfikacji: 2010-02-28

Dodaj do:

prawa autorskie »

« wstecz

o stroniemapa stronyprawa autorskie

Copyright 2001-2010 by Konnichiwa.pl

^ do góry