Japonia na bieżąco, cz. 6

Powoli zbliża się koniec mojego pobytu na Japońskiej ziemi. Jeszcze parę dni i do domu. Wiem, że powiem w tym momencie herezje dla wielu osób, ale na swój sposób mam już dość tutejszej kuchni, hoteli, ludzi, a nawet ich grzeczności. Ostatnio trochę jeździłem, ale fatalna pogoda praktycznie unieruchamiała nas w hotelach. W Nagoyi tylko wyszedłem przed budynek i natychmiast biegiem wpadłem w podziemny pasaż ciągnący się pod centrum miasta. Lało jak z cebra. Pokręciłem się tylko trochę po sklepach, wypiłem kawę i wróciłem do hotelu, gdzie było chociaż trochę cieplej. Z powtórnego zwiedzania zamku i odwiedzin w japońskim teahousie musiałem zrezygnować. W mieście Yaizu trafiliśmy na hotel, szczerze mówiąc, niezbyt swierzy. Maleńkie pokoje, okno tuż nad głową, i brud. Baliśmy się przejść na bosaka do łazienki, bo grzyb japoński jest bardzo zlośliwy.

Yokohama powitała nas pochmurnym niebem, a pożegnała deszczem. Mieliśmy jednak możność podziwiać nowoczesną dzielnicę nadmorską. Olbrzymie wieżowce, a szczegolnie jeden, zbudowany na wzór żagla, robiły naprawdę duże wrażenie. Nawet z naszego powodu przed jednym z budynków pojawiła się nasza flaga narodowa. Pod wieczór poszliśmy zwiedzać China Town. Jest to bardzo szumna nazwa dla jednej ulicy z paroma przecznicami wystrojonymi na wzór chiński. Pełno było tam restauracji dużych i malych, swoistych garkuchni, sklepikow z wschodnimi wyrobami i gadżetami. W sklepach na wystawach wisiały specjały chińskie np. gęsi, kaczki i łabędzie pieczone i wędzone w całości nawet z dziobem, wyroby z psa itp. Brrrr ... na szczury jednak nie trafiliśmy. Byliśmy już bardzo głodni, więc nabyliśmy coś podobnego do spotykanego u nas pampucha, ale za to nadzianego jakimś smacznym mięskiem z warzywami. Nie myśleliśmy nawet, z czego to mięso, bo byly między nami kobiety, a one są wrażliwsze na rożne nowości i do tego mają szaloną wyobraźnię. Innymi słowy. no comments. Sama ulica byla bajecznie oświetlona kolorowymi lampionami. Na jej krańcach znajdowały się bogato zdobione bramy. Tłok panowal niemiłosierny, ale dzielnie przemierzyliśmy całość. Jedynymi bezrobotnymi byli dwaj ryksiarze, którzy, nawet mając klientow, nigdzie nie byliby w stanie ich dowieść. Z Yaizu pamiętam jeszcze przepiękny widok na Fuji. Jeszcze z tej strony jej nie oglądałem. Pomimo pochmurnego nieba pokryty śniegiem szczyt odcinał się wyraźnie od otoczenia.

Dotarliśmy na koniec do Tokio, a tu nowa niespodzianka. W naszym hotelu 500 osób zachorowało na wirusa grypy żołądkowej nazwanego NORO. Objawy są gwałtowne, ale krótkotrwałe. Trochę spanikowaliśmy, bo przecież my tu pracujemy i do tego niedługo wracamy do domu, więc szkoda, by coś się za nami przywlokło. Podobno wystarczy dokładnie myć ręce. Zobaczymy. Choroba atakuje Japonię już od trzech-czterech tygodni.

Dziś byłem na Ueno. Niegdyś wspaniały bazar jest obecnie pełen tandety i chińszczyzny w tym złym wydaniu. Ostatnim, podobno trzymającym jeszcze tradycję japonską, bazarem jest ulica obok świątyni na Asakusie, ale nie wiem, czy będę miał czas tam dotrzeć.

Autor: Jacek Kicman

Data dodania: 2006-12-20, data ostatniej modyfikacji: 2010-09-10

Dodaj do:

prawa autorskie »

« wstecz

o stroniemapa stronyprawa autorskie

Copyright 2001-2010 by Konnichiwa.pl

^ do góry