Fukuoka

Nie wiem dlaczego, ale polubiłem miasto. Może zdecydowało to, że byłem tam dwukrotnie, a może swoisty klimat i różnorodność tej portowej aglomeracji. Po raz pierwszy zetknąłem się tam z typowymi ulicznymi kołchoźnikami (dla tych, co się urodzili trochę później, to takie uliczne megafony podające różne informacje). Budziły one nasze duże zaniepokojenie, bo nigdy nie wiedzieliśmy czy ostrzegają przed czymś, czy tylko o czymś powiadamiają. Nerwowo zerkaliśmy na miejscowych szukając oznak zaniepokojenia.

Centrum miasta jest nowoczesne i zatłoczone. Ciekawostką są szerokie ulice w typie włoskich corso, wysadzane palmami z szerokimi pasami zieleni. Nieliczne, ale są. Obok biurowców i wieżowców zlokalizowane zostały enklawy zieleni i historii.

jk68.jpg
Przed świątynią buddyjską

Dawni mieszkańcy wysp kochali przestrzeń i naturę. Swoje domy wkomponowywali w cudowny sposób w okolicę. Dotyczyło to także świątyń i budynków publicznych. Dziś, jeśli kupuje się ziemię na centymetry, trudno o kompozycje przestrzenne. Zacznę jednak od współczesności.

Droga do portu była długa, ale wiodła wzdłuż pięknej ala corso, wielopasmowej arterii. Zawsze ciągnie mnie do morza. Spacer był uroczy, choć męczący. Po drodze namierzyłem parę obiektów wartych zwiedzania, ale o nich później.
Po znalezieniu przejścia pod dwupiętrową obwodnicą dotarłem do dworca morskiego i pirsu pasażerskiego. Podczas drugiej mojej bytności miałem więcej czasu i mogłem kupić drobne prezenty dla rodziny w świetnie zaopatrzonych sklepikach, w których, w przeciwieństwie do naprawdę wielkich miast i tych położonych bardziej na północ, można dostać rzeczy dobrej jakości i po przyzwoitych cenach.

jk69.jpg
Przed chramem shinto

Usiadłem sobie w kawiarence z widokiem na basen turystyczny, wdychałem atmosferę i swoisty zapach miejsca, gdzie ląd łączy się z morzem. Wypatrzyłem prześmieszny statek spacerowy zbliżony kształtem i ozdobami do dżonki. Cudownie odpocząłem, a następnie wróciłem do miasta już inną drogą obok olbrzymiej hali sportowej, w której odbywają się największe i najwyższej rangi zawody sumo. Na pobliskich ulicach kręciło się wielu mistrzów i adeptów tej sztuki walki w tradycyjnych strojach i odpowiednio ufryzowanych. Te turnieje, które oglądamy w Eurosporcie, są przeważnie transmitowane właśnie stąd.Wracając do centrum, po lewej stronie mijamy świątynię buddyjską. Jest to nowy obiekt, można go bez problemu zwiedzić. Przed wejściem zdejmujemy buty i dalej poruszamy się boso. Główny budynek jest wyłożony matami, w głębi znajduje się centralne miejsce świątyni wypełnione ceremonialnymi figurkami, kapliczkami i instrumentami. Po lewej jest przejście na zaplecze. Dwupiętrowa kondygnacja okazuje się cmentarzem. Wąziutkie szafki zawierają prochy oraz maleńki ołtarzyk pamięci. Wzruszający był widok ulubionych przez zmarłego owoców czy warzyw ułożonych na brzegu uchylonych drzwiczek. Dzięki temu zobaczyłem, co jest w środku. Na najniższej kondygnacji znajdował się złoty ołtarz medytującego Buddy.

jk70.jpg
Altanka na jeziorze

Gdyby z nami nie było kolegi zaopatrzonego w potężny przewodnik to ominąłbym chyba największą atrakcję historyczną Fukuoki. Za niskim murem w cieniu licznych zielonych drzew znajduje się jedna z najstarszych świątyń buddyjskich w Japonii licząca sobie prawie tysiąc lat. Do dziś jest czynna, ale wchodzić do środka budynków nie można. Chodząc żwirowymi alejkami wśród świątyniek i kaplic nie czuło się w ogóle, że człowiek jest w środku miasta. Cisza, spokój, śpiew ptaków i cudowna zieleń. Z tyłu znajduje się część mieszkalna dla mnichów, gdzie, niestety, dla wyznawców innej wiary wstęp jest zakazany. Spacerując zastanawiałem się cały czas jak to jest, że tego drewna przez tyle lat korniki nie zjadły.

Wróciłem do głównej arterii komunikacyjnej. Po przeciwnej stronie wśród małych domków jest świątynia shinto. Może nie tak stara jak ta po drugiej stronie, ale równie interesująca. Wejść można do niej przez stare drewniane bramy ozdobione kolorowymi lampionami i szarfami. Wewnątrz na obszernym dziedzińcu znajduje się kilka mniejszych świątyń, kaplic i budynek biurowy, oraz szkolny dla adeptów. Byliśmy świadkami, jak rodzina otrzymywała błogosławieństwo od mnicha ubranego w złoty strój i brząkającego dzwoneczkami. Zostaliśmy na koniec zaproszeni przez mnicha na degustację przez nich wyrabianej sake, która była faktycznie rewelacyjna bez żadnych dodatkowych zapachów. Z tego, co dowiedziałem się później to mnisi robią najlepszą sake, z czystego ryżu i bez żadnych dodatków.

jk71.jpg  jk72.jpg
Ogród japoński

Po drugiej stronie widzimy centrum i, oddzielone od niego dość dużym campusem, rządowym czy wojskowym, nie wiem (napisy dla mnie były nieczytelne) jest wzgórze, na którym po miejscowym zamku pozostała tylko kamienna podstawa otoczona barierką. Ale za to panorama miasta jest stąd rewelacyjna. U stóp wzniesienia jest jezioro, którego uregulowane brzegi w kształcie koła są wyłożone wygładzonymi płytami kamiennymi, na których dla uprawiających bieganie i jazdę na rolkach zaznaczono dystanse w kilometrach, milach i japońskich systemach miarowych. Dla każdego, co kto woli. Na środku akwenu znajdują się wysepki połączone mostkami, przez które biegnie bulwar spacerowy ozdobiony stylowymi altankami. Na końcu deptaku jest wejście do tradycyjnego ogrodu w japońskim stylu (opłata 500 jenów). Dwukrotnie tam byłem, ale nie miałem szczęścia zastać otwartej herbaciarni, fatum czy co? Sam ogród jest przepiękny, pełen uroczych sadzawek, wodospadów, pięknie przystrzyżonych roślin. Oczywiście stanowi w całości kompozycję przestrzenną z obniżonym środkiem. Sadzawki są pełne kolorowych ryb. Piaskowe i żwirowe alejki mieszają się kamiennymi uliczkami. Jest tu pięknie i kolorowo mimo tego, że to była połowa listopada.

jk73.jpg  jk74.jpg
Wnętrze świątyni buddyjskiej

Na koniec chciałbym wspomnieć dość śmieszną historię. Spacerując z koleżanką zauważyliśmy włoską restaurację, oczywiście w japońskim stylu. Niby wystrój europejski, nawet kraciaste obrusy na stołach, ale obsługa i menu już na wschodnią modłę. Wybieraliśmy obiad z obrazków. Ja wziąłem spaghetti z czerwonym sosem i kawałkami szynki, kolory się zgadzały i kształty też. Natomiast koleżanka wybrała pozycję, którą oceniła na spaghetti z kiełkami i to był błąd. Jak zwykle we wschodniej restauracji ja otrzymałem danie pierwszy, na szczęście czekałem, aż koleżanka też dostanie zamówienie. Zauważyłem, że płacze. Ona nie jada morskich stworzeń, a te kiełki okazały się małymi, prawie przezroczystymi rybkami z czarnymi oczkami. No cóż musiałem się jakoś zachować, nawet to przełknąłem z serem parmezanem o dziwo oryginalnym, jakoś poszło nawet nie miałem żadnych sensacji.

Autor: Jacek Kicman

Data dodania: 2006-09-20, data ostatniej modyfikacji: 2010-02-28

Dodaj do:

prawa autorskie »

« wstecz

o stroniemapa stronyprawa autorskie

Copyright 2001-2011 by Konnichiwa.pl

^ do góry